Planowana od dawna ‘Bocianowa trasa’ stanęła dziś z rana pod znakiem zapytania z powodu ulewnego deszczu. Na szczęście, znaleźli się śmiałkowie, których poranny deszcz nie odstraszył i wycieczka przygotowana skrzętnie przez koleżankę – Martę mogła się odbyć. Zgodnie z obietnicami organizatorki – różnorodności w terenie nie brakło – był asfalt, bruk, piach, błoto, zjazdy, podjazdy, szosa i las :) No i to by nam z pewnością wystarczyło, gdyby nie to, że wyruszyliśmy podglądać bociany. Na szczęście, te również dopisały i tylko w jednym z odwiedzonych gniazd, nie udało nam się żadnego wypatrzyć. W trakcie jazdy, dorwała nas jeszcze jedna deszczowa chmura, wyprawę jednak zakończyliśmy w pełnym słońcu. Kto nie był – niech żałuje i czym prędzej nadrabia pedałując z Warszewa przez Przęsocin, Siedlice, Tatynię i Tanowo do Bartoszewa i nad Głębokie – zapewniamy pięć bocianich gniazd po drodze :)
Pierwszego bociana podejrzeliśmy w Przęsocinie - przyleciał, jak na zawołanie!
Organizatorka trasy wykazała się ponadprzeciętnym przygotowaniem - wiozła dla nas literaturę fachową...(tu Krzysztof się dokształca)
...i sprzęt specjalistyczny :)
Kolejny bocian przywitał nas w Siedlicach - ten miał nawet współlokatorów w postaci wróbli
A w Tatyni niespodzianka - bociany dwa!
Czasem słonce, czasem deszcz; trochę błota i piach też! :)
Dokładną trasę znajdziecie tutaj(z małą modyfikacją na koniec - wybraliśmy czerwony szlak, zamiast ścieżki rowerowej z Bartoszewa).
Komentarze (8)
Krzysztof w trakcie trasy wyraził swój podziw względem ''skrótów'' autorstwa Giby, więc w razie czego, będzie następca :)
Aż wstałam i sprawdziłam :) Poprawka - rzeczywiście alu (w rękawiczkach kiepsko wyczuć materiał) - mój mózg zasugerował się tym, że wczoraj zdarłam plastik na końcówkach:) Ale czemu cb, czemu cb...?! :)
Zakręcona, marudna, leniwa i uparta w jednym. Zamiłowana włóczykijka, odwiecznie zakochana w lesie i górach. Pielęgniarka, dźwigająca w apteczce sprzęt, który zdaniem laików mógłby wystarczyć do przeprowadzenia operacji transplantologicznej :) Po latach przerwy, wracam do ukochanego rowerowania. Najdłuższa wyprawa sprzed rowerowej przerwy - 900 km po Pojezierzu Kaszubskim. Chciałoby się jeszcze raz :)