O godz. 13 stwierdziłam, że chyba warto byłoby wsiąść na Julkę, ogłosiłam więc casting na towarzysza i o 14 ruszałam już w trasę. Kierunek standardowy, tym razem padło na Świdwie. Przy okazji, przetestować mogłam nową drogę rowerową między Stolcem, a Dobrą. Trasa: Głębokie - Pilchowo - Tanowo - Rezerwat Świdwie - Stolec - Dobra - Wołczkowo - Głębokie... Gdzieś między Dobrą, a Wołczkowem Julce stuknęło 666 km... :)
Przyjaciółka z Warszawy przyjechała, więc...wsadziłam ją na rower i wywiozłam w las. Daleko żeśmy co prawda nie zajechały, ale coś tam na liczniku zostało...
Wyprawa do Criewen na Tour de Natur korciła od tygodni - parę lat przerwy w kołowaniu objawia się jednak brakiem formy i lękiem przed takimi dystansami. Ale! Ja miałabym nie spróbować? Zebraliśmy się, jak zwykle, o nieludzkiej porze i ruszyliśmy w trzech grupach w stronę Rosówka. Po przekroczeniu granicy jechaliśmy już jedną, prawie 50 - osobową ekipą, a w Gartz zjechaliśmy na szlak rowerowy Odra - Nysa, który zachwycił mnie kompletnie...! Widoki ponadprzeciętne, stan dróg fantastyczny - nic, tylko jechać! Gonić musieliśmy, by do Schwedt dojechać na czas, ale odbiliśmy sobie dwugodzinnym melanżem na trawie w Criewen. Roweru, tostera, suszarki, ani innych wspaniałości nikt z nas nie wygrał - przed 15:00 spakowaliśmy więc swoje manatki i w myśl zawołania 'lecim na Szczecin', skierowaliśmy się ponownie na szlak Odra - Nysa. Jeszcze przed Schwedt czekał mnie przymusowy postój, podczas którego, dzielna ekipa serwisowa wymieniała przebitą dętkę w mojej Juleczce. Potem już tylko chwila na zdjęcia na osławionym, drewnianym moście na Odrze i trza było gonić resztę. W Gartz podział na grupy i wybór trasy powrotnej - ja zdecydowałam się na najkrótszą drogę, przez Mescherin na Kołbaskowo. Do domu zajechałam na 19. Julka zrobiła życiówkę, mi niewiele zabrakło. Wycieczka - rewelacja! Zdjęcia z różnych źródeł :)
Pierwszy przystanek - granica w Rosówku
Drugi przystanek - Gartz
Trzeci przystanek - Schwedt, a tu już wspólny start do Criewen
Pobudka o nieludzkiej porze, zbiórka na dworcu, pakowanie się do pociągu z pijanym i nadgorliwym konduktorem, który koniecznie chciał udowodnić swoją wyższość, wydzierając się przez pół godziny i szarpiąc naszymi rowerami...Wysiadka w Eberswalde i przygoda pod tytułem: 'Sternfahrt' się rozpoczęła! Cała droga w przyjaznej aurze pogodowej, świetnej atmosferze, patriotycznej ekipie i dobrej formie. Berlin przywitał nas deszczem, ale i tak było warto! Zobaczyć to, przeżyć...i pojechać za rok! Dla tych ludzi, dla tych rowerów i dla...tunelu :) Pierwszy raz w życiu jechałam rowerem po autostradzie i to wszystkimi pasami :) Niemcy to jednak potrafią zorganizować święto cykliczne... Wielki szacun dla grupy, która startowała ze Szczecina o północy i przejechała całą trasę na kołach!
Zakręcona, marudna, leniwa i uparta w jednym. Zamiłowana włóczykijka, odwiecznie zakochana w lesie i górach. Pielęgniarka, dźwigająca w apteczce sprzęt, który zdaniem laików mógłby wystarczyć do przeprowadzenia operacji transplantologicznej :) Po latach przerwy, wracam do ukochanego rowerowania. Najdłuższa wyprawa sprzed rowerowej przerwy - 900 km po Pojezierzu Kaszubskim. Chciałoby się jeszcze raz :)